Temat rzadko podejmowany przez media, zwłaszcza te ogólnokrajowe. Bo przecież w społeczeństwie, w którym postępuje laicyzacja, tematyka związana z wiarą jest nie warta szerszej uwagi. W końcu po co zajmować się „bajkami” i ewentualnymi kłótniami między piewcami zachwalającymi owe bajki, debatującymi, która z nich jest prawdziwsza od pozostałych. Sprawy związane z wiarą bywają dla mediów interesujące najczęściej, jeśli można wydobyć z nich jakąś sensację gwarantującą podwyższenie wskaźników oglądalności danego serwisu.
Czym są sekty, nie ma co się zbytnio rozpisywać. W dobie internetu i wyszukiwarek nie ma najmniejszego problemu z dotarciem do wielu serwisów poświęconych tej tematyce, na których temat ten jest omawiany na wszelkie sposoby… niemal do wyczerpania. O ile można wyczerpać tematy, które odpowiednio podane mogę wciąż budzić żywe emocje…W końcu chociaż wiele razy ku serwisom informacyjnym płyną zarzuty, że bardziej przypominają kronikę kryminalną niż rzeczywiste relacjonowanie tego, co się dzieje dookoła, to jednak nie bez powodu to, co jest horrorem cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem mas.
Najczęściej słysząc słowo „sekta” przychodzą nam na myśli dwa słowa. Pierwsze z nich to satanizm. Rozpowszechniony zwłaszcza wśród młodzieży w wieku około gimnazjalnym. Przynajmniej ta forma satanizmu, która przebija się do mediów. Ta, przy której nie wypuszczamy na dwór kotów… by przypadkiem nie trafiły w ich ręce. Wprawdzie to dość stereotypowe myślenie… ale ten tak zwany ”satanizm podwórkowy” nam się kojarzy i biada młodzieży, która tylko „lubi rocka” (razem z glanami, skórzaną kurtką i włosami u mężczyzn koniecznie co najmniej do pasa), jeśli wcześniej akurat oglądaliśmy materiał na temat satanistów.
Ciekawszą i bardziej niepokojącą grupą wydają się ci, którzy się określają jako „intelektualni sataniści”. Zwłaszcza jeśli przyjrzeć się postulatom. Taki satanizm jako „grzechy” przeciwko sobie wymienia między innymi: pretensjonalność, bo przecież każdy może czuć się wielki - brzmi to trochę jak rodem z hiper-optymistycznych poradników zza oceanu w stylu: „Zostaniesz Bogiem - gdy tylko zastosujesz 123 nasze wskazówki za drobną oplatą 399,99$ + vat”). Wśród postulatów tej odmiany satanizmu jest także zasada wzajemności - „czyń innym tak jak oni Tobie” - stojąca w widocznym kontraście do chrześcijańskiej zasady miłosierdzia wobec bliźniego.
Jak się przyjrzeć zasadom satanizmu intelektualnego i zapomnieć o ich źródle, to taka postawa przypomina skrzyżowanie postawy hedoistycznej z egoizmem, a właściwie to bolączka cywilizacyjna naszych czasów. Jeśli zgodzić się z przynależnością osób żyjących według zasad satanizmu intelektualnego do tychże zasad, to wiele osób można by uznać za takich, nawet jeśli sami nie zdają sobie z tego sprawy…
Kolejnym słowem przychodzącym nam na myśl, gdy słyszymy „sekta”, to „świadkowie Jehowy”… No dobra, to dwa słowa. Poprzez obecnie eksploatowany temat zagrożeń ze strony fundamentalistów islamskich nie są aż tak atrakcyjną dla mediów grupą jak niegdyś. Jeśli już przebijają się informacje o nich do mediów, to ma to związek z brakiem zgody na standardowe czynności medyczne, o ile tylko wiążą się z transfuzją krwi… nawet jeśli miałoby to uratować komuś życie. Oczywiście wierząc w co innego niż świadkowie Jehowy (bądź nie wierząc wcale) trudno nam zrozumieć taką postawę. Jeśli jednak się przyjrzeć, to gdy głęboko wierzymy w zasady swojej wiary, to wcale nie łatwo nam rezygnować z nich dla dobra medycyny. Bo przyznajmy się, kto z nas mając do wyboru krótkie życie zgodnie z zasadami własnej wiary, bądź przedłużenie go za pomocą komórek macierzystych skorzystałby z okazji? Pomijam, że pewnie wśród osób wierzących w swoją religię znalazłyby się takie, którym trudno by się było oprzeć takiej pokusie. Większość osób, zwłaszcza tych głęboko wierzących, zareagowałaby najprawdopodobniej oburzeniem wybierając krótsze życie i wcześniejszą wizytę w wieczności.
Media mają to do siebie, że prócz sensacyjnych tematów lubują się w kreowaniu tych osób, które często się w nich pojawiają. Widać to zwłaszcza na przykładzie branży muzyczno-filmowej. Komu z nas z niczym się nie kojarzy John Travolta. Nie sądzę, by w tym momencie zgłosił się las rąk. Może każdemu kojarzyć się z czym innym, ale na pewno zdecydowanej większości kojarzy się z „czymś”. Mi osobiście pierwsze co przychodzi na myśl, to dość stary musical „Grease”. A przynajmniej pierwsza część. Druga jakoś aż tak nie przemówiła do mnie. Ale to w sumie bolączka przeważającej większości sequeli - rzadko kiedy następny film z tej samej serii jest lepszy od poprzedniego. „Grease” nie jest jednak jedynym skojarzeniem z Travoltą. I nie mam w tym momencie wcale na myśli pozostałych filmów, w których ten aktor wystąpił, a raczej to, w co wierzy. L.Ron Hubbart niestety w 1951 roku nie poprzestał na pisaniu science fiction, tylko zajął się tworzeniem rzekomej alternatywy dla psychologii.
Ta „alternatywa” nie przypomina jednak niczego z tej psychologii, zwłaszcza że wśród głównych wierzeń scjentologii jest wiara w coś na kształt reinkarnacji. Powszechną praktyką w scjentologii jest „audytowanie” będące czymś na kształt skrzyżowanej spowiedzi z wizytą u psychoterapeuty. O ile jednak spowiednika obowiązuje tajemnica spowiedzi, a terapeutę tajemnica zawodowa, to „audytorzy”, czyli osoby prowadzące tą swoistą spowiedź petenta, nie mają obowiązku zachować w tajemnicy nawet najbardziej intymnych przeżyć. Można wśród wierzeń scjentologicznych znaleźć takie „smaczki” jak zaprzeczanie istnieniu historycznego Jezusa. Gdzie dzisiaj owszem pojawiają się rozbieżności co do tego, co się z Nim działo po śmierci - i w zależności od tego, do jakiej grupy religijnej się zwrócimy, to możemy uzyskać różne, niekiedy nawet wzajemnie się wykluczające odpowiedzi. Historycy, także ci, którym obca jest jakakolwiek wiara poza wiarą w odkrycia naukowe, są jednak zgodni co do istnienia Jezusa.
Co jednak ma ze scjentologią wspólnego Travolta? Chociażby samą przynależność i aktywną działalność na rzecz scjentologii. Należy przyznać, że słynniejszym propagatorem scjentologii jest Tom Cruise. Scjentologia też reklamuje się jako idealny sposób na dostanie się do MENSY, bo przecież jeśli w ciągu godziny z „audytorem” nasze IQ ma wzrosnąć zaledwie o jeden punkt, to czy nie jest to wystarczający powód, by takie sesje przeprowadzać jak najczęściej. W końcu kto nie chciałby być tak inteligentny jak Doda? Bądź co bądź najsłynniejsza Polka z wysokim (przynajmniej rzekomo) IQ. Ciekawym pomysłem scjentologów jest program walki z narkotykami - wystarczy zażyć odpowiedni specyfik, który usunie zalegające w tkance tłuszczowej narkotyki. Żeby było mało, zalecana jest też wizyta w saunie, by narkotyki mogły zostać z naszego ciała usunięte. To czy organizm w saunie oczyścił się z narkotyków, można rzekomo zauważyć po wyprodukowanej w tym organizmie kolorowej cieczy.
Mnie osobiście interesuje kolor tej cieczy, bo nie mam pojęcia czemu, ale pierwszym mimowolnym skojarzeniem było „fioletowy”. Jaki to ma związek ze scjentologicznymi metodami walki z narkotykami, nie mam zielonego pojęcia.
Pomysłom scjentologów dorównują zwolennicy homeopatii. Z czym się nam jednak kojarzy ta pseudo-medyczna nauka? Sam osobiście podczas wizyty u chorej koleżanki widziałem tego typu specyfik. Zdumiony byłem tym, że został uznany jako lek „ziołowy”. Tak się składa, że z ziołami jako takimi miał on bardzo niewiele. Niestety, nie mogłem się domyśleć nawet, jakie to rzekome zioła mogłyby wchodzić w jego skład podany akurat po łacinie. Niestety, moja znajomość łaciny i umiejętność posługiwania się tym językiem jest śladowa… właściwie bliska zeru. Wiem jednak, że homeopatia rości sobie prawo do podobnej zasady, która z powodzeniem stosowana jest w wielu szczepionkach - tylko, że tam w dużym uproszczeniu zapobiega się zachorowaniu na daną chorobę szczepiąc odpowiednio zneutralizowanymi fragmentami tego, co może zarazić. I mimo, że wraz ze szczepionką do organizmu przedostają się nieszkodliwe fragmenty zarazków, to wystarcza, by ludzki organizm wytworzył odpowiednie przeciwciała dość często wystarczające, by się przed zagrożeniem móc w odpowiednim czasie obronić. Leki, o ile je w ogóle lekami można nazwać, działają teoretycznie na podobnej zasadzie.
Można by zapytać, skąd ta krytyka, skoro to prawie to samo. Właściwie to haczyk tkwi w tym „prawie”. Zwolennicy homeopatii uważają, że najlepszym sposobem na wyleczenie się z jakiejś choroby jest następujący sposób (podaję oczywiście z pamięci, więc mogą się pojawić pewne rozbieżności co do dokładnego przepisu - idea jednak jest taka, jaką przedstawię. Dokładnej receptury podać nie mogę. Nie posiadam niestety w tym zakresie ani wiedzy medycznej ani ezoterycznej). Drobinę tego, co wywołuje chorobę, zmieszać z wodą w proporcjach dajmy na to 1:100. Energicznie potrząsnąć w odpowiedni sposób. (To jest najistotniejszy fragment - to magiczne potrząsanie ma być tajemnicą sukcesu leków homeopatycznych). To, co wyjdzie potraktować tak samo jak ową „drobinę”, czyli zmieszać z wodą w proporcjach 1:100 potrząsając odpowiednio i tak aż do znudzenia. Bądź też dopóki w miejscu, w którym jest przyrządzany homeopatyczny specyfik zabraknie wody. Następnie rozlać do to buteleczek i liczyć zyski, dzięki którym będziemy mogli kupić w aptece prawdziwy lek. No tak, to skutek leczniczy dla biznesmenów chcących wydrzeć z osób potrzebujących realnej pomocy nawet ostatni grosz. Jak to pomaga tym, którzy chcieliby ewentualnie z leku homeopatycznego skorzystać?
Właściwie to… wcale. Skuteczność jest podobna jakbyśmy zaaplikowali placebo. Czyli coś, czym właściwie leki homeopatyczne są w swej istocie. Przeprowadźmy krótki rachunek prawdopodobieństwa z naszymi buteleczkami. Załóżmy, że operację rozcieńczania wykonaliśmy dziesięciokrotnie. Czyli w naszym wyjściowym roztworze mamy (1:100)^10 cząstek wody na 1 cząstkę drobiny. Żeby uświadomić jaka to liczba, rozpiszmy ją. Ta proporcja to dokładnie 1:100 000 000 000 000 000 000. Pomijając dokładną pojemność buteleczki załóżmy, że mieści ona 1 000 000 cząstek. Mamy wtedy 100 mld. buteleczek, z których zaledwie jedna ma szansę zawierać tą leczniczą drobinę. O ile ta drobina nie zagubiła się gdzieś w trakcie „magicznego” mieszania, to prawdopodobieństwo trafienia na tą najcenniejszą buteleczkę wynosi zaledwie 0,000 000 001 %. A w badaniach statystycznych ta liczba nie łapie się nawet jako błąd pomiaru będąc od niej wielokrotnie mniejszą. Wiara w skuteczność leków homeopatycznych jest więc naiwnością napędzającą ten pseudo farmaceutyczny biznes. Dlaczego więc niektórzy twierdzą, że te leki pomagają. No cóż, wiara czyni cuda. Zwłaszcza jeśli ktoś nie wie, nie wierzy, bądź nie chce przyjąć do wiadomości, że pokłada swoją ufność w placebo.